poniedziałek, 8 grudnia 2014

jeszcze pare lat temu pisano...

Lato nad Bałtykiem. Pozaplażowe atrakcje, niższe ceny, lepszy dojazd – tego trzeba, by brak słońca nie szkodził turystyce
Mielno. Modna miejscowość środkowego wybrzeża. Po plaży przechadzają się grupki letników w wiatrówkach. Co bardziej wytrwali próbują się trochę opalić, chroniąc się przed wiatrem w grajdołkach osłoniętych parawanami. Tylko najodważniejsi się kąpią.
Jesienny obrazek z kurortu? Nie. Jest sierpień, wciąż kalendarzowe lato. Rok temu o tej porze nie dało się wcisnąć palca między plażowiczów.
– Specjalnie odpuściłam sobie lipcowy urlop, bo nad Bałtykiem to właśnie lipiec bywa bardziej kapryśny, ale myliłam się: marna pogoda była w lipcu, marna jest i teraz – śmieje się pani Beata, która z córkami przyjechała do Mielna z Gliwic. – Ze słońcem jest krucho, z solidnej opalenizny nici. Ale dziewczynkom tu dobrze, więc tak sobie trwamy. Moi znajomi wyjechali już po tygodniu. Mówili, że się nudzą i że szkoda im urlopu, bo lunapark i knajpa nie zastąpią słońca.
Poza plażą też pustawo. Na parkingach wolne miejsca – dotąd zjawisko niemal abstrakcyjne. Przy smażalniach nietrudno o wolny stolik. Wiele budek z sezonowymi atrakcjami zamkniętych już na głucho.
– To mój ostatni handlowy sezon nad morzem – zaklina się pan Marek, sprzedawca pamiątek i letnich gadżetów. – Zainwestowałem w towar 15 tys. zł, w rzeczy, które zawsze super schodzą latem: majteczki z napisami, koszulki, ręczniki plażowe, okulary. A sprzedałem za niecałe 10 tys. Sezon mam totalnie w plecy.
Czarny sezon nad Bałtykiem odczuli też hotelarze i restauratorzy. Praktycznie na całym Wybrzeżu, od Helu po Międzyzdroje. – Najboleśniej ci, którzy nie prowadzą, jak my, usług całorocznych, tylko żyją z sezonu – twierdzi Józef Walczak, właściciel restauracji Korsarz w Ustce. – Dołek widać gołym okiem, bo zwykle na domach z kwaterami wiszą tabliczki z napisem "Brak miejsc", a tym razem sporo było "Wolnych pokoi".
Duże nadzieje,  małe obroty
Tegoroczny sezon miał być rekordowy pod względem liczby letników i obrotów z usług turystycznych. Wskazywał na to notowany od kilku lat wzrost zainteresowania wypoczynkiem nad polskim morzem – jak wynika z rocznych raportów Instytutu Turystyki, w celach wypoczynkowych i turystycznych w 2009 r. nad morze wyjechało 45,4 proc. polskich urlopowiczów, rok później już prawie 48 proc. W tym roku branża liczyła na dalszy wzrost, tym bardziej że zakładano, iż polityczne niepokoje w Afryce Północnej, odstraszając polskich turystów od wyjazdów do Egiptu i Tunezji, napędzą ich na polskie plaże. Tymczasem z rodzimych grajdołków pogoda już w lipcu skutecznie wyganiała wczasowiczów. A część potencjalnych gości w ogóle zrezygnowała z przyjazdu.
– Z jak głębokim spadkiem mamy do czynienia, precyzyjnie pokażą badania, które co roku publikujemy jesienią – zapowiada Witold Bartoszewicz z Instytutu Turystyki. – Z pewnością gości nad Bałtykiem było w tym sezonie wyraźnie mniej.
Widać to już w sondażach Polskiej Izby Turystyki i raporcie ARC Rynek i Opinia, które opublikowała "Rz". Według nich co trzeci Polak zmienił urlopowe plany, 15 proc. – termin wyjazdu, ponad 7 proc. skróciło urlop, a prawie 12 proc. wybrało zagranicę. Najwięcej turystów odpłynęło z kurortów pomorskich – tylko w Trójmieście spadek ich liczby sięgnął 33 proc. w porównaniu z 2010 r.
– Nadzieje przed sezonem rzeczywiście były rozbudzone, niestety lato było piękne, ale w maju i czerwcu – komentuje Wojciech Kreft, dyrektor Pomorskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej.
Do kurortów środkowego i zachodniego Pomorza też zjechało mniej wczasowiczów – o ok. 20 proc. w porównaniu z latem 2010 r.
– To widać po obrotach handlowców i wpływach z opłaty klimatycznej, ale też tak kapryśnej pogody nie mieliśmy od lat – podkreśla Jacek Cegła, rzecznik Urzędu Miasta w Ustce. – Skalę problemu dobrze obrazuje fakt, że jak świeciło słońce, 16-tysięczna Ustka rosła do 100 tysięcy.
Cegła zaznacza, że Polacy coraz rzadziej sztywno planują dłuższe urlopy. – Teraz śledzą prognozy pogody i przyjeżdżają albo nie – mówi. – Lub przyjeżdżają na dwa, trzy dni i jak im coś nie pasuje, to się pakują.
– To był rzeczywiście bardzo trudny sezon – przyznaje Robert Skraburski, wójt bardzo popularnego ostatnio Rewala. Od lat prowadzi szczegółowe zapiski, które pomagają mu porównywać letnie wskaźniki. – Rok temu w ramach opłaty klimatycznej pozyskaliśmy 1,3 mln zł, w tym 1,27 mln zł – wylicza. – Niby nieduży spadek, ale jednak. Nie tak sobie wyobrażaliśmy ten sezon.
Wymagający turysta
Co ciekawe, z wójtowych zapisków jasno wynika, że w Rewalu jednocześnie wzrosły wpływy z wynajmu rowerów – i to ponadtrzykrotnie w stosunku do ubiegłego roku.
– To oznacza, że wprawdzie 90 proc. wczasowiczów chce latem słońca, to ich oczekiwania nie kończą się na plaży – ocenia Skraburski. – I z tego wyciągamy już wnioski. Chcemy poszerzyć możliwości spędzania czasu przez turystów. I zbudować im porządne, wypoczynkowe zaplecze. Wprowadziliśmy już np. zakaz zabudowy tymczasowej, wymuszając wysoki standard obiektów, co oznacza koniec z kartonowymi budami.
– Polski turysta stał się wymagający, chce aktywnie spędzać urlop – wtóruje mu Kreft. – Trzeba mu zaoferować atrakcyjną alternatywę dla plażowania, wtedy może uda się go zatrzymać w niepogodę.
Dobrym przykładem jest Świnoujście. – Potencjalne straty wynikłe z kiepskiej aury można zminimalizować – podkreśla Robert Karelus, rzecznik prezydenta miasta. Także on ocenia, że sezon w Świnoujściu był słabszy niż rok temu. – Ale nie tak zły jak gdzie indziej – podkreśla. – Ten, kto zakładał niekorzystny scenariusz i inwestował w infrastrukturę i pozaplażowe letnie atrakcje, stracił najmniej.
Świnoujście ma niejeden atut – leży przy granicy z Niemcami, w plebiscytach na najlepszy kurort w kraju jest na szczycie, rok w rok jego plaże legitymują się Błękitną Flagą, tu odbywa się m.in. gromadząca ponad 100 tys. ludzi Karuzela Cooltury, a na promocję wydaje się ok.  2 mln rocznie. Ale w tym roku w wyspiarskim Świnoujściu spadło w lipcu aż 250 l deszczu na metr kwadratowy, podczas gdy zwykle w tym miesiącu średnio spada 50 l na mkw.
– Ale to turystów nie odstraszyło i trzeba było uruchamiać dodatkowe promy – wskazuje Karelus. – Czyli można. Jak nie zyskać, to przynajmniej jak najmniej stracić.
Przykład z Hiszpanii
Józefa Ratajskiego, wiceprezesa Polskiej Izby Turystyki, słaby sezon nie zaskoczył. – Od początku mówiłem, że nie ma co liczyć na to, że polscy turyści zrezygnują z Egiptu czy Tunezji – podkreśla. – Ci, którzy się wystraszyli rozruchów, wybrali Turcję albo atrakcyjne cenowo Czarnogórę, Chorwację czy wracającą do łask Bułgarię, też ze stuprocentową gwarancją słońca.
Ratajski zaznacza, że polska turystyka nie powinna liczyć na przypadki. – Nie mamy Riwiery Tureckiej, więc musimy znaleźć inny sposób, żeby Polakom chciało się odpoczywać nad polskim morzem – wskazuje. I postuluje, żeby myśleć "systemowo": – Dziś polskie kurorty to odrębne księstwa, każde ma swoje podatki, choćby gruntowe czy klimatyczne. I ściągają je, windując ceny kwater, usług turystycznych i gastronomicznych. Proszę zobaczyć, ile w  Polsce kosztuje kilogram ziemniaków, a ile frytki nad morzem.
Ubolewa, że nie ma w Polsce wspólnych programów lojalnościowych. – Znikły bony turystyczne, podczas gdy Hiszpanie, którym rząd do tego dopłaca, w ten sposób ściągają emerytów z całej Europy. I to się im opłaca, bo taki emeryt przy okazji zostawia tam średnio 200 euro niezależnie od tego, ile kosztuje go organizowany urlop.
Konieczność inwestowania w infrastrukturę uważa za oczywistą. – Ale zacząć trzeba od  sprawy elementarnej, czyli dogodnego dojazdu – podkreśla. – Jeśli dziś z Warszawy do Gdańska jedzie się samochodem 6 godzin w korkach, to jak trzeba być zdeterminowanym, by na urlop nad morze jechać z Katowic?
Rzeczpospolita